Wyprawa do USA luty 2017 – cz. IV Park Sekwoi

W drodze z Las Vegas do Oakland jechaliśmy przez góry Sierra Nevada z zamiarem zatrzymania się gdzieś po drodze i zwiedzenia Narodowego Parku Sekwoi. Znaleźliśmy motel który wraz z otoczeniem przeniósł nas żywcem do Miasteczka Twin Peaks – sami zobaczcie:

Na szczęście śniadań nie było w ofercie motelu czyli brak nieśmiertelnych gofrów , pancaków i tostów z masłem orzechowym, galaretką i dżemem i dlatego ruszyliśmy do typowo amerykańskiego baru gdzie pochłonęliśmy jajecznicę, świeżo upieczone cinamonrolls i wypiliśmy porządną kawę.  Oj dawno nic nam tak nie smakowało.

Następnie pojechaliśmy w kierunku wjazdu do parku. Wjazd kosztuje 30 dolarów za samochód, bez znaczenia ilu pasażerów jest  w środku.

Park słynie z rosnących w nim mamutowców olbrzymich, w tym największego drzewa na świecie nazwanego General Sherman Tree (Drzewo Generała Shermana) Wysokość 90 m, w obwodzie 30 m, wiek 2200 lat. Rośnie ono w Giant Forrest (Lesie Olbrzymów), w którym znajduje się pięć z dziesięciu największych drzew na świecie (licząc według objętości). Giant Forrest poprzez Generals Highway (Autostradę Generałów) łączy się z leżącym w Parku Narodowym Kings Canyon Grant Grove (Zagajnikiem Granta), w którym rośnie m.in. General Grant Tree (Drzewo Generała Granta) – drugie co do wielkości drzewo na świecie. Największy opisany okaz miał 135 m wysokości ,średnica pnia 12 metrów, wiek 3 tysiące lat, grubość kory 70 cm.

Po zaparkowaniu samochodu mieliśmy do przebycia jeszcze może z  500 metrów do Generała Shermana.  Na tej wysokości leżało całkiem sporo śniegu i w naszych niekoniecznie górskich butach nie było nam tak całkiem komfortowo, ale daliśmy radę. I powiem Wam: warto było.

Przypomniała mi się taka anegdota jak rodzice usiłowali wytłumaczyć dziecku jak wygląda żyrafa. W końcu zabrali go do Zoo aby pokazać żyrafę. Dziecko obejrzało i oznajmiło: takich zwierząt nie ma. I w zasadzie mogę powiedzieć to samo: takich drzew nie ma 🙂 .

Sekwoje są bardzo odporne – związki chemiczne zawarte w drewnie i korze drzewa uodparniają je na insekty i grzyby, a gruba kora izoluje od większych szkód spowodowanych pożarem. W rzeczywistości drzewa te giną najczęściej od przewrócenia się ponieważ ich system korzeniowy jest dość płytki i silny wiatr może je powalić.

W przewróconej sekwoi łatwiej wyciąć dziurę niż ją usunąć. Dlatego są takie miejsca , gdzie w przewróconych na drogę sekwojach wycięto tunele wielkości samochodu.

Sekwoje są drzewami niepalnymi , mało tego dla nich ogień jest pożyteczny ponieważ  ciepło pożaru powoduje, że szyszki osuszają się, otwierają i nasiona spadają na ziemię, natomiast okoliczne drzewa i krzewy po spaleniu i przysypaniu nasion są dla nich świetnym nawozem. Sekwoję olbrzymią można obejrzeć także w Polsce. Największy przedstawiciel tego gatunku w naszym kraju rośnie w miejscowości Brwice w województwie zachodniopomorskim. Drzewo ma 88 lat i 27 metrów wysokości, czyli trochę więcej niż ⅓ wysokości Generała Shermana.

Zwiedzają Park Sekwoi i mając więcej na to czasu niż my warto zobaczyć jeszcze takie atrakcje jak:

  • Tunnel Log – przewrócona sekwoja z wydrążonym poprzecznie przejazdem dla samochodów.
  • Crystal Cave – chroniona od 1918roku i jedna z co najmniej 240 poznanych jaskiń parku; jest jedyną jaskinią udostępnioną do zwiedzania. Posiada interesującą szatę naciekową.
  • Crescent Meadow – otoczona sekwojami łąka, którą John Muir nazywał „klejnotem Sierra”. Rosną na niej bujne mchy
  • Chata Tharpa – pierwszy biały, który dotarł na te tereny i urządził sobie całkiem spore i wygodne mieszkanko w wydrążonym pniu sekwoi
  • Monroe Rock – gigantyczny blok granitu

Wyprawa do USA luty 2017 – cz. III Las Vegas

Mamy  takiego znajomego , majętnego znajomego dodam, który dużo podróżuje i przysyła nam kartki z różnych stron świata. Jedna mi wyjątkowo utkwiła w głowie. Była to kartka z Las Vegas  przedstawiająca luksusowe hotele roziskrzone mnóstwem świateł i kasyna oczywiście.  Treść z tej kartki utkwiła mi jeszcze bardziej: „Wolność czasu i pieniędzy to jest właśnie to”. Przesłanie proste: mam taki fajny biznes, który daje mi mnóstwo wolnego czasu i kupę kasy więc mogę bywać w Las Vegas. A tak nawiasem mówiąc zgadnijcie jaki to biznes (do wygrania zestaw środków do czyszczenia z Amwaya 😉 ). Niemniej może przez to a może przez kilka filmów obejrzanych w przeszłości Las Vegas rzeczywiście jawiło mi się jako miejsce niekoniecznie dostępne dla zwykłych śmiertelników.

Otóż nic bardziej mylnego, najmniej za hotel zapłaciliśmy właśnie w Las Vegas, a bardzo szeroki wachlarz różnych  kasyn powoduje że nawet w trampkach i dżinsach znajdziesz miejsce jeśli bardzo chcesz zagrać. Zresztą po mieście pęta się mnóstwo takich turystów jak my co sprawia że nie czujesz się tam jak przez pomyłkę.

Z tym graniem w kasynie  to też tak nie do końca nam wyszło bo okazało się że tak naprawdę nutki hazardowej nikt z nas w sobie nie odnalazł a dosyć ostre amerykańskie  przepisy dotyczące obecności niepełnoletnich w kasynie spowodowały że dziewczyny zostały grzecznie poproszone o wyjście a my ubożsi o 5 dolarów przegranych na jednorękim bandycie wyszliśmy z nimi. W swojej wędrówce przez miasto przeszliśmy też przez bardziej luksusowe kasyna gdzie Ola słusznie zauważyła że czuć tu zapach pieniędzy. I to by było na tyle jeśli chodzi o kasyna.

 Ciekawsze natomiast było zwiedzenie Fremont Street Experience czyli zadaszonej i oświetlonej przez 3 miliony żarówek centralnej ulicy gdzie toczy się non stop  jedna wielka impreza. Poprzebierane panienki zapraszają do kasyn, na jednej scenie śpiewa Elvis a zaraz obok tańczy Marylin Monroe.

Pod sufitem przelatują podczepieni na linach amatorzy wysokościowych przejażdżek. Jest tu  mnóstwo pubów, barów, restauracji oferujących m.in. hangover breakfast. Co godzinę na imponującym suficie odbywa się świetlny pokaz a ogłuszająca muzyka gra cały czas. Traci się poczucie czy to dzień czy noc. Bardzo specyficzne miejsce, na pewno warte zobaczenia.

Drugie takie miejsce to główna ulica czyli Las Vegas Strip, który jednak w większości wykracza poza granice miasta Las Vegas. Najbardziej luksusowe obiekty leżą właśnie  przy tym bulwarze . Tutaj mieści się 19 z 25 największych hoteli świata pod względem liczby pokoi.

Spacer  bulwarem też jest punktem obowiązkowym zwiedzania Las Vegas.  Po drodze mijamy Statuę Wolności, Wieżę Eiffla oraz fabrykę czekolady. Idzie się bardzo miło, po drodze zamontowane są głośniki więc muzyka cały czas wędruje z nami, nie ma potrzeby stawania na czerwonym świetle bo wszędzie są kładki nad ulicą. I o dziwo tu nie spotkaliśmy bezdomnych.

Las Vegas jest najbardziej zaludnionym miastem  w  stanie Nevada. Na świecie  kojarzy się  przede wszystkim z grami hazardowymi, zakupami oraz wyszukanymi restauracjami i luksusowymi hotelami takimi jak Caesars Palace , The Mirage czy Bellagio.

Poza kasynami nie brakuje tu także muzeów, najciekawsze z nich to muzeum przestępczości zorganizowanej i porządku publicznego , muzeum historii naturalnej, Old Las Vegas Mormon State Historic Park a także Neon Museum.   Atmosferę miasta grzechu jak LV samo siebie określa dzięki tolerancji różnych form rozrywki dla pełnoletnich, chłonęliśmy głównie  spacerując i oglądając miasto,  bo jest co oglądać.

Las Vegas jest popularnym celem podróży wśród Hawajczyków. W 2002 roku wśród mieszkańców Las Vegas wyróżnić można było 80 tysięcy osób wywodzących się z Hawajów, które na stałe zamieszkiwały obszar miasta. Ponadto, w każdym tygodniu Las Vegas odwiedzane było przez około 3 tysiące Hawajczyków. Z tego powodu, Las Vegas nazywane jest niekiedy dziewiątą wyspą  Hawajów.

Podsumowując – warto zobaczyć ale wracać tam to już by mi się nie chciało.

W Las Vegas spędziliśmy 2 dni i 2 noce, to była też nasza baza wypadowa na Hoover Dam i Grand Canyon.

CDN…

Wyprawa do USA luty 2017 – cz. II Los Angeles

Artur z córkami przylatywał wieczorem więc po cudnej trasie z San Diego do LA wzdłuż wybrzeża mieliśmy sporo czasu do samolotu. Los Angeles to drugie po Nowym Jorku pod względem wielkości miasto USA a największe w Kalifornii, 3,8 mln ludności. Światowe centrum biznesu, międzynarodowego handlu, mediów, mody, kultury, nauki, sportu, technologii i edukacji. Miasto leży w strefie pacyficznego pierścienia ognia. Znajduje się tu też uskok San Andreas. Rocznie notuje się w LA około 10 tys. trzęsień ziemi. Oczywiście większość odczuwalna jest tylko przez super czułe sejsmografy. Ze względu na ukształtowanie powierzchni, słabej cyrkulacji powietrza i wiele samochodów nad miastem  unosi się nieprzyjemny smog. LA uznane jest za najbardziej niebezpieczne miejsce świata z  uwagi na ilość występujących tu gangów.

W oczekiwaniu na samolot na Playa Del Rey

Już w komplecie pojechaliśmy do Hollywood do naszego hotelu a po zameldowaniu się oczywiście na spacer Hollywood Blv wzdłuż Walk of Fame. Akurat w ten weekend miało być rozdanie nagród Grammy więc po cichu liczyliśmy na zobaczeniu kilku gwiazd ale niestety oprócz tych na chodniku innych nie było.

Za  to tych na chodniku jest ponad 2500 więc jest co oglądać.

Hollywood tętniło życiem, z każdej knajpy inna muzyka, mnóstwo młodych rozbawionych ludzi, na każdym rogu czuć było paloną marihuanę, występy, tańce – jedna wielka impreza. Dużo też bezdomnych którzy już nie są tak luksusowi jak w San Diego.

Wędrując wzdłuż Hollywood Blv natknęliśmy się na Muzeum Zerwanych Związków,  obejrzeliśmy popisy dziwnego samochodu, podziwialiśmy młodych ludzi przebranych za bohaterów amerykańskich filmów, weszliśmy do środka Dolby Theatre gdzie już trwały przygotowania do rozdania Oscarów. Zafascynowani niecodziennymi widokami nie wiadomo kiedy zrobiliśmy kilka kilometrów główną ulicą i ze względu na późną godzinę trzeba było wracać i iść spać bo następny dzień też przedstawiał się bardzo interesująco.

 

Poranek był słoneczny i bardzo , bardzo ciepły więc pojechaliśmy do Obserwatorium Griffith skąd oglądaliśmy słynny napis Hollywood. Samo Obserwatorium Griffith to raj dla wszystkich miłośników astronomii.

Obserwatorium wyposażone jest w najnowocześniejszy sprzęt, dzięki któremu seanse w planetarium stają się niezapomniane. W bezchmurne noce można stąd często obserwować niebo. W obserwatorium w centralnym miejscu zawieszone jest wahadło które wychylając się przewraca ułożone klocki co jest dowodem na to że ziemia się obraca wokół własnej osi. Więc gdyby ktoś miał wątpliwości to zapraszam.

Po południu ruszyliśmy do Nevady do Las Vegas, ale do LA przyjechaliśmy jeszcze na koniec naszej podróży i wtedy zwiedziliśmy jeszcze w szóstkę Beverly Hills a w zasadzie przeszliśmy się jego słynną ulicą

Rodeo Drive, na której zgromadziły się chyba wszystkie najbogatsze sklepy świata. Niewielu stać tam na zakupy, ale można pooglądać wystawy pełne luksusowych ubrań czy gadżetów. Przejechaliśmy też przez bogate dzielnice zamieszkane zarówno przez gwiazdy jak i tych którym przynajmniej finansowo się poszczęściło.

   

No cóż posiadłości zapierają dech w piersiach. Są przepiękne, w różnych stylach, zbudowane z rozmachem i gustem o który trochę złośliwie nie podejrzewałbym Amerykanów.

Zaglądnęliśmy też do słynnej cukierni Sprinkles Cupcakes gdzie na babeczki przychodzą równie słynne gwiazdy jak na przykład  Jessica Alba. Babeczki zakupiliśmy i potem w hotelu delektowaliśmy się nimi, ale powiem szczerze że równie dobre jadłam u nas we Wrocławiu.

Artur, Ala i Emilka odlatywali w niedzielę wieczorem a my dopiero w środę rano więc te dwa dni już tylko naszą rodzinką postanowiliśmy wdrapać się do słynnego napisu Hollywood.

Obowiązkowa wizyta pod słynną wytwórnią – można ją zwiedzać ale wcześniej trzeba zarezerwować termin – cena 55 USD za osobę.

Wcześniej podjechaliśmy pod rezydencje kilku gwiazd (Bruno Mars, Jennifer Aniston) ale tak naprawdę oprócz wysokiego płotu nic nie zobaczyliśmy.Znaleźliśmy za to miejsce gdzie mogliśmy zaparkować samochód (za darmo o dziwo) i gdzie zaczynał się szlak wiodący na wzgórze do napisu. Przeczytaliśmy ostrzeżenia o grzechotnikach i w miarę wygodną drogą umiarkowanym tempem po godzinie dotarliśmy na szczyt.

Każda litera ma 9 metrów szerokości i 15 m wysokości. Napis stoi już prawie 100 lat.

Na szczycie jest flaga, gdzie należy zrobić sobie zdjęcie

Wyjazdu nadszedł czas – aby tradycji stało się zadość – pożegnalne wino na lotnisku.