Wyprawa do USA luty 2017 – cz. V

Z Las Vegas do Hoover Dam jechaliśmy pół godziny. Jeszcze w Polsce wykupiliśmy lot helikopterem nad Grand Canyonem i rejs łódką po rzece Kolorado ( 99 dolarów za osobę za taką łączoną atrakcję).

Po przyjeździe na miejsce zostaliśmy wszyscy zważeni, obejrzeliśmy też film instruktażowy jak się zachować w helikopterze i usadzeni wg klucza uwzględniającego naszą wagę do helikoptera.

Lot trwał tylko 6 minut ale widoki….. cudne.

Potem zostaliśmy busem przewiezieni nad zaporę Hoovera gdzie pokręciliśmy się po rzece słuchając opowieści przewodnika jak budowano tamę.

Tamę tę na pewno widzieliście na niejednym katastroficznym, amerykańskim filmie. Oj robi wrażenie.

Zapora została wybudowana w latach 1931 -1936 i kosztowała życie ponad 200 osób choć oficjalnie podaje się że zginęło tam 96 robotników. Dziwna jest data wypadku podczas którego zginęła pierwsza osoba – była to wigilia 1931 roku, jeszcze dziwniejsza jest data śmierci osoby która zginęła jako ostatnia podczas tej budowy – wigilia 1936 roku a najdziwniejsze jest to że ostatnim życiem pochłoniętym przez zaporę  było życie  syna pierwszej ofiary tej budowy. Zapora należy do światowych cudów inżynierii, ma wysokość 224,1 m i długość 379,2 metry.

Szerokość podstawy to 200 metrów a wierzchołka 15 metrów. Całość waży 6 600 000 ton. Elektrownia rocznie zaopatruje w prąd półtora miliona ludzi. Po jednej stronie jesteśmy w stanie Nevada a po przejściu tych 379,2 metrów wierzchołkiem zapory znajdujemy się w stanie Arizona. Jest tu też linia zmiany czasu.

        

Arizonę też zaliczyliśmy – co prawda symbolicznie ale zawsze możemy powiedzieć że byliśmy na pustyni w Arizonie.