Wyprawa do USA luty 2017 – cz. I San Diego

W tym roku padło na USA a dokładnie na Kalifornię. Różne były pomysły i opcje, a to Afryka Dzika a to Azja nieodkryta ale pojawiły się super tanie bilety do LA i to przezwyciężyło. Wizy mamy, angielski znamy – no to ruszamy.

W Stanach byliśmy kilka razy ale w Kalifornii nas jeszcze nie było. Do podróży przygotowaliśmy się szybko i starannie, tradycyjnie Jacek zajął się rezerwacją samochodu, wytyczeniem trasy i wstępną rezerwacją hoteli a ja po otrzymaniu trasy zajęłam się opracowywaniem co musimy zobaczyć, co warto zobaczyć i czego nie możemy odpuścić.

Nauczona doświadczeniem nie proponowałam żadnych muzeów jedynie ciekawostki i inne miejsca które są must see.

Lot mieliśmy z Dusseldorfu i na szczęście postanowiliśmy pojechać tam dzień wcześniej, przespać się w hotelu, nad ranem odstawić samochód na parking i taksówką pojechać na lotnisko. „Na szczęście” bo przygoda zaczęła się 90 km przed Dusseldorfem, na autostradzie o 20 wieczorem kiedy samochód odmówił posłuszeństwa bo poszła pompa wodna. Gdybyśmy jechali nocą prosto na lotnisko  to w tym miejscu nasza amerykańska przygoda by się zakończyła. Nie byłoby szans zdążyć na samolot.

A tak spokojnie, prawie bez nerwów, dzięki znajomemu mieszkającemu koło Dortmund (jeszcze raz dziękujemy Fred) na samolot zdążyliśmy, nawet przespaliśmy się 1,5 godziny w hotelu a nasz samochód został odholowany do warsztatu gdzie miał być zrobiony i czekać na nas po powrocie.

Z Dusseldorfu przez Amsterdam dotarliśmy do LA, powitało nas słońce i czyste błękitne niebo. Odebraliśmy z wypożyczalni największy jaki był samochód i ruszyliśmy na południe do San Diego.

San Diego to drugie co do wielkości miasto w stanie Kalifornia i ósme w USA.  Znane z licznych plaż i łagodnego klimatu. W rankingu najbogatszych miast w USA stworzonym przez magazyn Forbes San Diego zdobyło piąte miejsce.

Jechaliśmy 5-6 pasmową autostradą , wypełnioną po brzegi samochodami. Na szczęście jeden pas jest przeznaczony dla samochodów gdzie podróżuje co najmniej 2 pasażerów – nas była trójka więc spokojnie mogliśmy się nim poruszać unikając korków. Przypatrzyłam się stojącym w ogromnych korkach suvach – wszędzie tylko kierowca. Nic dziwnego że zmorą LA jest smog.

Po przyjeździe i odszukaniu hotelu mieliśmy jeszcze tylko siłę aby kupić pizzę na wynos i wino.

Zjeść zjedliśmy ale wypić szans już nie było, padliśmy i spaliśmy do rana.

Rano po śniadaniu w hotelu (wtedy i przez następne 3 dni jeszcze byliśmy w stanie jeść te amerykańskie śniadania, ale w końcu mieliśmy dość – gofry, mufinki, babeczki, tosty, galaretki, dżemy i syrop klonowy – ile można na słodko?) ruszyliśmy na USS Midway czyli chyba najsłynniejszy lotniskowiec świata.

USS Midway to najdłużej służący lotniskowiec w amerykańskiej armii – odsłużył w niej 50 lat, a potem trafił do San Diego na emeryturę. Zwiedzać można prawie wszystko, idąc od góry przez mostek kapitański, pokład startowy, hangary, kajuty marynarzy, pilotów, oficerów, kapitana, kończąc na maszynowni – ale do niej już nie poszliśmy. Wystawionych do oglądania jest też kilkadziesiąt samolotów i helikopterów. Do wielu można wejść co też zrobiliśmy i poczuć się jak pasażer czy pilot.

Obejrzeliśmy też film o ataku na Pearl Harbor. Na lotniskowcu pracują jako wolontariusze weterani wojenni  oprowadzając grupy turystów.

Koło lotniskowca stoi makieta pary ze słynnego zdjęcia zrobionego w Nowym Jorku podczas świętowania zakończenia drugiej wojny światowej.

W tle mocno zdziwione dziecko tym co robimy 🙂

Samo San Diego jest bardzo ładne – zielone, czyste nawet bezdomni są tu luksusowi. Mają namioty, laptopy i są czyści.

W San Diego nakręcono ok. 1000 amerykańskich filmów. Za plan filmowy najczęściej służą plaże, deptaki przy oceanie, wybrzeże, hotele, zabytkowe XIX-wieczne kamienice, parki, stare miasto (plan wielu westernów), port i centrum z wieżowcami.

Pojechaliśmy też mostem Coronado Bridge (bardzo stromy most o długości 2,5 km)  na wyspę  Coronado , która sąsiaduje z miastem. Na wyspie znajduje się baza lotnictwa wojskowego. To tutaj między innymi  nagrywany był słynny film Top Gun.

Samo Coronado na to nie wygląda, ale w 2000 roku zostało ogłoszone najdroższym miejscem do życia w USA. Jak przystało na tak drogie miejsce, głównym pracodawcą jest amerykańska armia, która ma tam bazę marynarki.

Najsłynniejsza atrakcja to Hotel del Coronado. Zbudowany w 1888 roku miał lepsze i gorsze momenty. Najlepszym było na pewno nakręcenie w nim wielu scen do Pół Żartem, Pół Serio.

Pojechaliśmy też do jednego z najbogatszych miasteczek w Kalifornii – LaJolla.

Stało się ono synonimem zamożności, kiedy to w latach 80-tych zaczęły powstawać tutaj bogate wille dla znanych biznesmenów oraz gwiazd filmu, sztuki i muzyki. Miasteczko szybko zyskało w rankingach i każdy liczący się mieszkaniec Californii zapragnął mieć tutaj swój jeden z domów. Jak podają źródła w 2008 roku miasteczko należało do jednego z najdroższych w USA, jeśli chodzi o ceny nieruchomości. Ceny w budynkach apartamentowych położonych nad brzegiem Pacyfiku często przekraczały dwa miliony dolarów za trzypokojowe mieszkanie. Poza drogimi domami LaJolla posiada przepiękne nadbrzeże uformowane z klifów skalnych (nie tak wysokich jak w Oregonie czy na północy Californii), jednakże wystarczająco niezwykłych aby nadać temu miejscu niespotykany klimat. Można tutaj podziwiać foki i słonie morskie – ale niestety nie trafiliśmy na nie.

Z LaJolla wróciliśmy do San Diego a tak dokładnie do Old Town San Diego State Historic Park – jest to stare miasteczko zbudowane w pierwszej połowie XIX wieku, wykorzystywane jako plan filmowy w westernach.

Muzeum Westernu

Jedno z pomieszczeń w hacjendzie

Stara Hacjenda

Typowa meksykańska restauracja w Old Town

Następnego dnia  planowaliśmy jeszcze odwiedzić Sea World  jeden z bardziej znanych w USA parków rozrywki m.in. z orkami i delfinami, ale od rana padał deszcz a i cena biletów (90 USD za osobę) nie zachęcała do łażenia po tym parku rozrywki więc zdecydowaliśmy się na powrót do LA, gdzie wieczorem przylatywali nasi przyjaciele z Londynu aby dalej podróżować już razem.

Tym razem nie pojechaliśmy jednak autostradą tylko drogami wzdłuż Pacyfiku – i to był bardzo dobry pomysł. Prześliczne wybrzeże, urokliwe miasteczka, liczne mariny. W jednej z nich zatrzymaliśmy się na obiad – oczywiście meksykański.

Ciąg dalszy nastąpi.

Posted in Podróże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz poprawną cyfrę, aby zatwierdzić komentarz *