Wyprawa do USA luty 2017 – cz. II Los Angeles

Artur z córkami przylatywał wieczorem więc po cudnej trasie z San Diego do LA wzdłuż wybrzeża mieliśmy sporo czasu do samolotu. Los Angeles to drugie po Nowym Jorku pod względem wielkości miasto USA a największe w Kalifornii, 3,8 mln ludności. Światowe centrum biznesu, międzynarodowego handlu, mediów, mody, kultury, nauki, sportu, technologii i edukacji. Miasto leży w strefie pacyficznego pierścienia ognia. Znajduje się tu też uskok San Andreas. Rocznie notuje się w LA około 10 tys. trzęsień ziemi. Oczywiście większość odczuwalna jest tylko przez super czułe sejsmografy. Ze względu na ukształtowanie powierzchni, słabej cyrkulacji powietrza i wiele samochodów nad miastem  unosi się nieprzyjemny smog. LA uznane jest za najbardziej niebezpieczne miejsce świata z  uwagi na ilość występujących tu gangów.

W oczekiwaniu na samolot na Playa Del Rey

Już w komplecie pojechaliśmy do Hollywood do naszego hotelu a po zameldowaniu się oczywiście na spacer Hollywood Blv wzdłuż Walk of Fame. Akurat w ten weekend miało być rozdanie nagród Grammy więc po cichu liczyliśmy na zobaczeniu kilku gwiazd ale niestety oprócz tych na chodniku innych nie było.

Za  to tych na chodniku jest ponad 2500 więc jest co oglądać.

Hollywood tętniło życiem, z każdej knajpy inna muzyka, mnóstwo młodych rozbawionych ludzi, na każdym rogu czuć było paloną marihuanę, występy, tańce – jedna wielka impreza. Dużo też bezdomnych którzy już nie są tak luksusowi jak w San Diego.

Wędrując wzdłuż Hollywood Blv natknęliśmy się na Muzeum Zerwanych Związków,  obejrzeliśmy popisy dziwnego samochodu, podziwialiśmy młodych ludzi przebranych za bohaterów amerykańskich filmów, weszliśmy do środka Dolby Theatre gdzie już trwały przygotowania do rozdania Oscarów. Zafascynowani niecodziennymi widokami nie wiadomo kiedy zrobiliśmy kilka kilometrów główną ulicą i ze względu na późną godzinę trzeba było wracać i iść spać bo następny dzień też przedstawiał się bardzo interesująco.

 

Poranek był słoneczny i bardzo , bardzo ciepły więc pojechaliśmy do Obserwatorium Griffith skąd oglądaliśmy słynny napis Hollywood. Samo Obserwatorium Griffith to raj dla wszystkich miłośników astronomii.

Obserwatorium wyposażone jest w najnowocześniejszy sprzęt, dzięki któremu seanse w planetarium stają się niezapomniane. W bezchmurne noce można stąd często obserwować niebo. W obserwatorium w centralnym miejscu zawieszone jest wahadło które wychylając się przewraca ułożone klocki co jest dowodem na to że ziemia się obraca wokół własnej osi. Więc gdyby ktoś miał wątpliwości to zapraszam.

Po południu ruszyliśmy do Nevady do Las Vegas, ale do LA przyjechaliśmy jeszcze na koniec naszej podróży i wtedy zwiedziliśmy jeszcze w szóstkę Beverly Hills a w zasadzie przeszliśmy się jego słynną ulicą

Rodeo Drive, na której zgromadziły się chyba wszystkie najbogatsze sklepy świata. Niewielu stać tam na zakupy, ale można pooglądać wystawy pełne luksusowych ubrań czy gadżetów. Przejechaliśmy też przez bogate dzielnice zamieszkane zarówno przez gwiazdy jak i tych którym przynajmniej finansowo się poszczęściło.

   

No cóż posiadłości zapierają dech w piersiach. Są przepiękne, w różnych stylach, zbudowane z rozmachem i gustem o który trochę złośliwie nie podejrzewałbym Amerykanów.

Zaglądnęliśmy też do słynnej cukierni Sprinkles Cupcakes gdzie na babeczki przychodzą równie słynne gwiazdy jak na przykład  Jessica Alba. Babeczki zakupiliśmy i potem w hotelu delektowaliśmy się nimi, ale powiem szczerze że równie dobre jadłam u nas we Wrocławiu.

Artur, Ala i Emilka odlatywali w niedzielę wieczorem a my dopiero w środę rano więc te dwa dni już tylko naszą rodzinką postanowiliśmy wdrapać się do słynnego napisu Hollywood.

Obowiązkowa wizyta pod słynną wytwórnią – można ją zwiedzać ale wcześniej trzeba zarezerwować termin – cena 55 USD za osobę.

Wcześniej podjechaliśmy pod rezydencje kilku gwiazd (Bruno Mars, Jennifer Aniston) ale tak naprawdę oprócz wysokiego płotu nic nie zobaczyliśmy.Znaleźliśmy za to miejsce gdzie mogliśmy zaparkować samochód (za darmo o dziwo) i gdzie zaczynał się szlak wiodący na wzgórze do napisu. Przeczytaliśmy ostrzeżenia o grzechotnikach i w miarę wygodną drogą umiarkowanym tempem po godzinie dotarliśmy na szczyt.

Każda litera ma 9 metrów szerokości i 15 m wysokości. Napis stoi już prawie 100 lat.

Na szczycie jest flaga, gdzie należy zrobić sobie zdjęcie

Wyjazdu nadszedł czas – aby tradycji stało się zadość – pożegnalne wino na lotnisku.

Posted in Podróże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz poprawną cyfrę, aby zatwierdzić komentarz *